Newsletter

Jeśli chcesz być na bieżąco z nowościami na stronie dodaj swój e-mail:

Gwiazdy z dziećmi

Robert Rutkowski

Psychoterapeuta, trener umiejętności psychologicznych, były koszykarz. Niedawno powtórnie został tatą. Nam opowiedział między innymi o tym, co to jest czarna pedagogika, jak towarzyszyć dziecku w dorastaniu, dlaczego warto odpuszczać i po co przyznawać się przed dziećmi do tego, że czegoś nie wiemy.

Jak wychowywać dzieci, by jako młodzi ludzie, a potem dorośli, nie wpadali w poważne tarapaty, uzależnienia?

Od razu mam ochotę powiedzieć: nie przeszkadzać. Z tą misyjnością modelowania, kształtowania młodego człowieka jest tak, że my, dorośli, za bardzo się tym przejmujemy. Mamy nieprawdopodobną presję wykonania jakiegoś niebotycznego zadania, a jak mówi psychologia i neurobiologia, im bardziej się na coś napinamy, tym gorzej nam wychodzi. Moja główna praca w gabinecie polega na tym, żeby ludzi odbarczać, żeby dali sobie trochę luzu. Wie pani, rozmawiamy w bardzo ciekawym momencie dla mnie. Mam teraz okazję wszystkie swoje mądrości zweryfikować, ponieważ w moim życiu pojawił się Rafał, który ma teraz dwa miesiące.

To wspaniała wiadomość! Gratulacje!

Ja się też bardzo cieszę. Śmiech. W kontekście naszej rozmowy jest to o tyle ważne, że teraz prowadzę tzw. obserwację uczestniczącą. Śmiech. Doświadczam czegoś, czego uczyłem przez ostatnie kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat. I mam okazję uczyć siebie samego, żeby odpuszczać, co - nie ukrywam - nie jest proste. My się raczej pławimy w technikach motywowania, a tu nagle ktoś mówi, że trzeba odpuszczać. "Sam bądź zmianą, którą chcesz dostrzec we wszechświecie" - to jest motto, które przyświeca mojej pracy. My rodzice, "mędrcy życiowi", tak naprawdę jesteśmy często pogubieni w sposób makabryczny. Był taki filozof Jiddu Krishnamurti, który miał kilka fajnych spostrzeżeń, między innymi takie, że człowiek z wiekiem wcale nie staje się mądrzejszy. Tylko tyłek nam twardnieje, mniej się przejmujemy. Ale popełniamy te same błędy. To się w psychologii nazywa skryptem - powtarzalność pewnych uwarunkowań, wyrytych przez naszych przodków na poziomie neuronalnym. Bo mamy 20-30% genów, a 70-80% behawioru, czyli tego, czego doświadczamy. I to, jacy jesteśmy dzisiaj, to nie jest tylko nasza zasługa albo wina, ale to, co przekazali nam przodkowie. Reasumując: praca rodzica ma polegać na tym, żeby najpierw się zająć sobą. Spojrzeć w lustro, przyjrzeć się swoim kompleksom, deficytom, aspiracjom. Żeby nie przelać na małego człowieczka swoich niespełnionych marzeń. Więc drogi rodzicu, odczep się od swojego dziecka i zajmij się sobą.

A jak wspierać, gdy dzieci się potkną? Myślę o nastolatkach.

Podzielę się taką refleksją: dziecko kształtuje się przez pierwszych pięć lat życia. A nawet wcześniej. Bardzo dużo czasu spędziliśmy z żoną z synem, gdy był jeszcze w brzuchu: rozmawiając z nim, puszczając mu muzykę. Często tłumaczę mężczyznom, jak ważny jest dotyk. To jest wyzwalacz do produkowania w naszej największej fabryce narkotyków - mózgu - różnego rodzaju smakołyków. Gdy dotykamy, to się wydziela oksytocyna. Dziecko to wyczuwa. Dlatego kobieta, która jest w ciąży, powinna unikać sytuacji kryzysowych. Macica nie jest ze stali. Nie izoluje od świata zewnętrznego. Wie pani, że w swoim gabinecie stosuję terapię szumem?

Tzw. białym szumem?

Absolutnie. To jest najbardziej neurologicznie pożądany odgłos przez człowieka zestresowanego, ponieważ wówczas włącza się atawizm: przypomina się to, co się działo w okresie prenatalnym. Z jakichś powodów lubimy szum morza, rzeki, lasu. To jest wszystko odwołanie się do wód płodowych. Więc do pięciu lat - jak mówią amerykańscy naukowcy, którzy jak wiadomo, wszystko zbadali - następuje chłonięcie przez dziecko jak największej ilości bodźców. Później to, co już żeśmy zepsuli, to się odłoży.

Gdy pytam: "Kiedy państwo ostatni raz jedli wspólny posiłek?", często słyszę: "W Wielkanoc albo w Boże Narodzenie". Przestaliśmy razem siadać do stołu. I to jest generowanie problemów.

Czyli z moją sześcioletnią córką już pozamiatane, ale dla rocznego syna jest nadzieja?

Coś powiem, żeby panią odbarczyć: nie istnieje coś takiego, jak szczęśliwe dzieciństwo. Każdy z nas ma coś do przerobienia, do przepracowania. Również to, co jest ukryte w obszarze nieświadomości. Pani zapytała o nastolatki, jak je wspierać. Towarzyszyć i równolegle dbać o siebie, swój rozwój osobisty. Nie może być tak, że swoją karierę zawodową poświęcamy dla dziecka. To najgorsza rzecz, jaką nasze dziecko może dostać, bo w końcu ono zobaczy sfrustrowanego, niespełnionego rodzica. Więc to jest kwestia złotego środka. Ja synka kąpię codziennie. Uwielbiam to, choć zdaję sobie sprawę, że jako facet po pięćdziesiątce brnę w nieznane. Nie wiem, w którą stronę to odegnie. Będę musiał mocno równoważyć to, o czym rozmawialiśmy. I mam nadzieję, że jak się spotkamy za 5 lat, będzie mogła pani zweryfikować, czy ja nie jestem tylko teoretykiem, który popełnił wszystkie możliwe błędy. Śmiech. Ważne są proporcje, równowaga. Rezygnuję teraz z części pacjentów i wychodzę z pracy po 16.00, bo chcę być wcześniej w domu, żeby uczestniczyć, towarzyszyć. Dzieci nie potrzebują nowego laptopa, nie potrzebują nowych ciuchów. Potrzebują naszej obecności. Czyli czego potrzebują? Oksytocyny. Jej nie da żadna niania, żaden żłobek - choćby najbardziej profesjonalne.

W książce "Pułapki przyjemności" wspomina pan o ojcu, który przyszedł z dorosłym synem i informacją, że syn się zepsuł. Jaki błąd popełnił ten ojciec?

Nie ojciec, tylko jego ojciec. I prawdopodobnie także ojciec dziadka tego ojca. W mojej branży nazywamy to skryptem rodzinnym, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Cały rozwój cywilizacji jest napędzany przez nasze lenistwo. Szukamy sposobu, żeby się nie napracować. To rodzi wszystkie choroby cywilizacyjne. Gdy będę głodny, to nawet nie wstając z fotela wejdę w aplikację, która pokazuje knajpy w okolicy, wybiorę coś z menu i za chwilę ktoś zapuka do drzwi. Nie będę nawet wyciągał pieniędzy, bo ta aplikacja jest podpięta pod kartę. To jest szaleństwo! Mamy aplikacje na odstresowanie, czekamy na taką, która powie, jak postępować z dzieckiem, żeby zminimalizować nasz wysiłek. To prowadzi do całkowitego odhumanizowania. My żeśmy się zatracili w demolowaniu relacji bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Wszystko ma być podane na tacy. Wie pani, raz w tygodniu, w piątek, wyznaczamy sobie z żoną nagrodę: idziemy na sushi. Żona jest dietetykiem, za chwilę będzie bronić doktorat - to à propos nierezygnowania ze swoich ambicji. Taka dygresja: musiałem z nią stoczyć walkę, żeby dała się przekonać do wynajęcia pani do sprzątania. Ja jej mówię: Kochanie to nie jest twoja słabość, ty tej osobie dasz pracę, której potrzebuje, żeby zarobić na życie. A ty się w tym czasie zajmiesz innymi rzeczami. Mówię o tym dlatego, że ważna jest też umiejętność oddelegowywania obowiązków. Nie starajmy się być omnibusami. A tymczasem, co często robimy? Staramy się wszystko robić sami i brakuje nam czasu na najważniejsze: relacje z dzieckiem. "Zatrudniamy" żłobki, przedszkola, nianie, opiekunki.

No, ale jak wrócić do pracy i realizować się zawodowo, nie oddając dziecka do żłobka, przedszkola?

Wiem, to prawie niemożliwe. Ale jest sposób, by nie wylać dziecka z kąpielą. Wie pani, jakie pytanie zadaję rodzinom, które do mnie przychodzą?

Jakie?

Czy w państwa domu jest duży stół, przy którym może zasiąść sześciu członków rodziny? Zwykle pada odpowiedź: No tak, oczywiście, jest taki stół. Wtedy pytam: A kiedy państwo ostatni raz jedli przy nim wspólny posiłek? I tu konsternacja. W końcu słyszę, że w Wielkanoc albo w Boże Narodzenie. Ludzie przestali jeść ze sobą posiłki. Szczególnie gdy mamy zapracowanych rodziców i nastolatków w domu. Wielu moich pacjentów odżywia się "pudełkami", gotowcami. Dzieci znajdują informację na lodówce, co podgrzać. Króluje mikrofala. Zdarza się, że rodzina nie jada wspólnie nawet w weekendy.

To straszne.

Tak, to jest straszne. I to jest generowanie problemów. Bo okazuje się, że przez wiele dni członkowie rodziny nie mają nawet kiedy ze sobą porozmawiać. No a czymże jest wspólny posiłek, jeśli nie okazją do porozmawiania? Nasze dzieci kształtujemy także przez formułę jedzenia. To pretekst do tego, żeby pobyć ze sobą, wymienić się opiniami. Oczywiście unikając tematów drażliwych.

Jak dawać dziecku bezwarunkową akceptację? Bez niej podobno ani rusz.

Ja ją nazywam rodzinnym milionem dolarów. Mam do czynienia z ludźmi bogatymi, którzy próbują przychylić nieba swojemu potomstwu, finansując drogie apartamenty i prestiżowe szkoły, żeby zagwarantować ułatwiony start. Te dzieci potem stają się członkami rad nadzorczych spółek na całym świecie. I wszystko jest w porządku, pod warunkiem że obok tego wszystkiego jest właśnie taka walizeczka, którą nazywam rodzinnym milionem dolarów.

Co to takiego?

Najpierw, czego nie należy robić: Kocham cię, ale będę jeszcze bardziej kochał, jeśli zdasz maturę na piątki. Przykład: pewien 44-letni mężczyzna, syn profesora, po wielu trudach zdał maturę. Poszedł do ojca, oczekując słów w stylu: Synu, jestem z Ciebie dumny. Usłyszał: Pogadamy, jak zrobisz doktorat. To się nazywa miłość warunkowa. Kocham cię, pod warunkiem że… Tak się demoluje ludziom życie. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli - bezwarunkowa miłość nie polega na tym, że akceptujemy wszystkie wygłupy naszych dzieci. Ale jeśli chcemy zwrócić dziecku uwagę, to nie możemy podważyć poczucia, że go kochamy. Jeżeli tego nie wyartykułujemy, to możemy na zawsze stracić kontakt z dzieckiem. Nie musi to być demolowanie tylko przez agresję słowną, krzyk lub podniesiony głos: Z ciebie nic nie będzie! Z ciebie nic nie wyrośnie! To się nazywa czarna pedagogika. I ta metoda się niesamowicie, nad czym ubolewam, bardzo mocno trzyma w Polsce. W tej metodzie próbujemy wychowywać dzieci poprzez pokazanie im wszystkich błędów, jakie popełniają. Niech pani sobie wyobrazi relację z kimkolwiek, kto mówi tylko o tym, że pani ciągle coś robi źle. Co czuje nastolatek po latach takiego otrzymywania zwrotnych informacji, że wszystko, za co się nie weźmie, jest do chrzanu? Wkurzenie. I pół biedy, jeśli potrafi to wkurzenie wykrzyczeć, poczuć w sobie złość. Bo większość ludzi, którzy tego doświadczają, zamyka się w swojej skorupie.

To co zrobić, gdy dziecko zrobi kupę na dywan albo rozbije szybę? I wiadomo, że nas to nie cieszy. Jaka by była reakcja niedemolująca?

Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że często błędnie zakładamy, że nasze dziecko chce robić kupę na dywan. Że chce popełniać błędy. Tymczasem człowiek jest doskonałym, samoregulującym mechanizmem, który dąży do samorozwoju. Mam w rodzinie taką sytuację, gdzie mała dziewczynka ma problem, żeby załatwiać się na nocnik. I padały już różne pomysły: np. będziemy jej dawać czekoladkę za każdą kupę. No przecież to jest jakaś paranoja! Ta dziewczynka ma starszą siostrzyczkę. Ja staram się nie wtrącać, ale w końcu mówię: Słuchajcie, gdyby nie było siostry, to na was spoczywa obowiązek zaprezentowania dziecku, czego od niego oczekujecie. Ale skoro mamy starszą siostrę, to zaprośmy ją do dania przykładu. Wówczas mamy dwie korzyści. Młodsza uczy się od starszej, a starsza ma świadomość, że wpływa na młodszą, i rodzi się relacja.

Niedawno dowiedziałam się od znajomej, która wyjechała do Skandynawii, że w ich przedszkolu nie ma grup wiekowych. W jednej grupie są malutkie dzieci i duże.

A wie pani, co jeszcze jest fajne w modelu skandynawskim? Że we wczesnej podstawówce nie ma ocen. Na drugim biegunie są, niestety, polskie placówki. Anegdota z polskiego żłobka: syn mojej koleżanki po każdym posiłku jest sadzany na nocnik, jak zresztą wszystkie dzieci. Mają załatwiać się na rozkaz, a zrobienie kupy jest warunkiem pójścia do części z zabawkami. I któregoś dnia mama odbiera synka i dostaje uwagę: Kubuś ukradł kupę koledze.

Popłakałam się ze śmiechu!

Dzieci są nieprawdopodobne! Śmiech.

No dobrze, a co z chwaleniem? Jedni psychologowie mówią, żeby chwalić "po amerykańsku", inni - żeby z tym uważać.

Gdyby nasi rodzice przesadzili z chwaleniem nas, to gdy nagle zrobimy coś i nikt nas nie pochwali, to bylibyśmy zdezorientowani. Chwalenie jak najbardziej tak, ale pamiętajmy: złoty środek. W jednej z książek psychologicznych znalazłem taki oto opis: piaskownica, podwórko i bawiące się dzieci. Mała dziewczynka w rajstopkach nagle się przewraca. Kolano zadrapane, dziura w rajstopkach. Mama zrywa się, pędzi do dziecka i dopada go z okrzykiem: Co ty najlepszego zrobiłaś?! Co ci się stało?! Jest histeria, stres, napięcie. Rodzic odreagowuje swoją frustrację i lęk przed tym, co się stało. A dziecko widzi przerażenie matki. A co powinna zrobić matka w takiej sytuacji? Podejść, przytulić i powiedzieć: Nic się nie stało, biegnij dalej, będę przy tobie. I mówiąc kolokwialnie, olewamy rajstopki. Tymczasem rodzice zwykle lamentują nad rozdartymi rajstopkami. To się dzieje na każdym podwórku.

Pamiętam, gdy mój przyjaciel, który miał surowego ojca, dopiero w dorosłym życiu uzmysłowił sobie, że gdy zbije szklankę, to nic strasznego się nie stanie. No bo ile taka szklanka może kosztować? 50 groszy?

To ładne, co pani powiedziała, bardzo mi się to podoba. Że świat się nie zawali z powodu szklanki, prawda? Podobnie jest z dwóją w szkole. Muszę tu opowiedzieć o jednym przypadku. Mam pacjentkę, która mieszka za granicą, kontaktujemy się przez Skype. To wykształcona, mądra kobieta, która jest całkowicie zmrożona, nie może wyartykułować swoich emocji. Jej matka była surową nauczycielką. I proszę uważnie posłuchać, bo to się dzieje w polskich domach. Ta kobieta, będąc dziewczynką, wraca któregoś dnia ze szkoły, przynosi trójkę z przedmiotu, który był konikiem matki, i ta matka, za karę, nie odzywa się do córki przez 2 tygodnie.

O matko…

To są tortury! Wszystkie książki psychologiczne mówią: To się nazywa pasywna agresja. Nie wolno dziecka karać milczeniem.

A jak wychowywać, by dziecko nie stało się malkontentem? By umiało cieszyć się życiem?

To jest tak proste, że załatwimy to jednym zdaniem: samemu trzeba się cieszyć. Dzieci nie postępują tak, jak my im każemy, tylko tak, jak my postępujemy. Rodzic, który nie umie się cieszyć życiem, przekazuje taki skrypt dziecku. Dziecko powinno widzieć rodzica uśmiechniętego, radosnego, szczęśliwego. Rodzice, okazujcie sobie czułość przy dziecku! Ale to nie może być szopka, to musi być prawdziwe. W jednej z książek psychologicznych jest opisana taka historia: rodzina w domu, każdy zajęty swoimi sprawami, dzwoni telefon. I ojciec mówi: Kochanie, jeśli to ciotka Jadźka, to mnie nie ma w domu. Co słyszy dziecko? Kłamstwo. I później ten sam ojciec peroruje dziecku, jak ważne jest mówienie prawdy. A jak ta sytuacja może wyglądać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą? Autor humorystycznie pisze, że nie chcąc z ciotką rozmawiać i nie chcąc demolować dziecku psychiki, ojciec wstaje, idzie do łazienki, wchodzi w ubraniu do wanny i mówi: Kochanie, powiedz ciotce, że jestem w wannie. Diabeł tkwi w szczegółach.

Rodzice boją się nie wiedzieć. Zapominając, że to jest również narzędzie budowania relacji z dzieckiem. Bo co to powoduje? Uczy dziecko nie wiedzieć.

Zdjęcie: Agata Wrońska

Czy rodzice mogą pomóc dziecku odnaleźć swoją pasję?

Tak. Trzeba inspirować, eksperymentować. Tu jest ważna rola ojca. I to wcale nie muszą być rzeczy, które nas pasjonowały. Oczywiście bardzo cierpiałem, gdy mój pierwszy, dorosły już syn zaczął uprawiać siatkówkę, a nie koszykówkę. Stanął w kontrze i trudno. Niech mu będzie. Śmiech. Dlaczego nowe rzeczy są trudniejsze dla rodzica? Z bardzo prostego powodu. Bo włącza się atawizm polegający na rywalizacji. Rodzice, szczególnie ojciec, próbują przyjmować mentorską pozycję. Być nauczycielem, zamiast współtowarzyszem w swojej również nieporadności. Nam się wydaje, że dziecko oczekuje, że będziemy idealni. Będziemy najlepszymi kierowcami, piłkarzami. Tymczasem dziecko oczekuje od nas, żebyśmy byli autentyczni. Co to znaczy? Gdy dziecko pyta: Tato, a co to prokrastynacja? Nie wiem, synu. Nie znam takiego słowa. Rodzice boją się nie wiedzieć. Zapominając, że to jest również narzędzie budowania relacji z dzieckiem. Bo co to powoduje? Uczy dziecko nie wiedzieć.

A co zrobić, gdy dziecko chce chodzić na basen, kupujemy karnet, a ono po paru zajęciach mówi, że już chodzić nie będzie? Rozmawiałam niedawno z Agustinem Egurrolą, który powiedział, że z jego doświadczeń wynika, że najbardziej kształtują się charaktery tych dzieci, których rodzice nie odpuszczają.

Zgadzam się z tym. Jest takie powiedzeni w języku angielskim: fake it till you make it. Zawsze jest tak z nową umiejętnością, którą chcemy nabyć, że musimy wyjść ze strefy komfortu. I trzeba z dzieckiem o tym porozmawiać. Umówmy się na jakiś cykl, ale jeśli to już jest dziesiąty trening i widać, że dziecka to kompletnie nie pociąga, to odpuśćmy. Trzeba obserwować, czy maluch się za bardzo nie napina, czy nie ma presji. Tak jest ze szkołą. Często mam pytania od osób przychodzących do mnie: Czy przystać na propozycję dziecka, żeby zmienić szkołę? Tu dotykamy też tematu wybierania szkoły przez rodziców, co wywołuje w dziecku poczucie, że rodzice wszystko za niego robią, bo ono jest do kitu.

Porozmawiajmy o rodzicach. Uważa pan, że miejsce, w którym odpoczywamy, nie powinno być skażone pracą. Tylko jak oddzielać pracę od domu, gdy jednocześnie opiekujemy się małym dzieckiem i pracujemy w domu?

Wyznaczyć miejsce. Bo tu chodzi o tryb na poziomie neurobiologii. Jest czas pracy i czas zabawy. Jeśli to nam się miesza, to organizm tylko zmienia biuro. Takich ludzi nazywam oszustami urlopowymi. Jadą na Bali i udają, że się urlopują, mając laptop z firmowymi sprawami. To nie jest urlop, tylko zmiana dekoracji w biurze. Byłem kiedyś współwłaścicielem dużej kliniki, która urzędowała do 21.00. Wychodziłem z pracy o 17.00 i oddawałem się różnym swoim czynnościom. Wtedy doświadczyłem funkcjonowania w trybie "stand by".

Ciągle dzwonił telefon?

Nie, nie dzwonił! To ja miałem ciągle w głowie: Co tam słychać? Czy nowa recepcjonistka dobrze obsługuje pacjentów? Czy dziewczyny dopilnują, żeby wyłączyć sprzęt? Czy włączą alarm? Mój interes się toczył obok mnie, ale tak naprawdę miałem w głowie cały czas stan czuwania. I to jest główny powód, dla którego teraz mam tylko jeden gabinet. Trzeba umieć się wyłączyć albo chociaż udawać, tzn. symbolicznie wyznaczyć granicę. Mam pacjenta - muzyka, który mówi, że u niego przejście z pracy do domu trwa pół sekundy i polega na przeniesieniu tyłka z kanapy do biurka. Idealnie byłoby mieć oddzielny pokój. Nasi dziadkowie mieli gabinety. To się skądś wzięło. Oczywiście dziś nie każdego stać, żeby mieć swój gabinet, ale może chociaż półkę, jakiś kącik. Psychologowie często mówią, że nie wolno pracować w łóżku. Choćby usiądźmy przy stole. A jeśli jest taka możliwość, warto mieć oddzielny komputer do pracy, a oddzielny do spraw domowych.

A jak sobie radzić, gdy mamy pracę wymagającą kontaktu z innymi ludźmi "po godzinach"? Wyznaczyć sobie dyscyplinę: po której nie odbieram telefonu, choćby się waliło i paliło?

To jest kwestia kalkulacji. Jakiś czas temu, gdy miałem mniej pacjentów, mogłem ich sam umawiać. Ale z czasem po powrocie z pracy do domu dostawałem tyle telefonów, że nie miałem czasu odpoczywać. I stałem się oszustem gabinetowym, ponieważ nie regenerowałem się i przychodziłem zmęczony do pracy. I gdy policzyłem co tracę, będąc nierzetelnym, wyszło mi, że bardziej się opłaca wynająć asystentkę, która od kilku lat obsługuje mój gabinet i ja mam wtedy czas na kompletne wyluzowanie. Bo okazuje się, że z tych 100 telefonów do mnie, ważnych jest 5. Dobrze jest mieć bufor. Jakąś selekcję wewnętrzną lub kogoś, kto to będzie selekcjonował. A niezależnie od tego, wizerunkowo bardzo źle jest być dostępnym na pstryknięcie. Obojętnie, czy jest się kierownikiem małego działu składającego się z trzech osób, czy jest się prezesem dużej firmy. Nie można być na każde zawołanie.

Powiedzmy jeszcze o spalaniu stresu, bo niewiele osób o tym wie. Jak się skutecznie relaksować?

Zacznijmy od eliminacji. Najbardziej demolującym nas mechanizmem jest odreagowywanie stresu przez substancje psychoaktywne, chociaż nam się wydaje, że my w ten sposób odreagowujemy. Nawet funkcjonuje taki termin "reset", polegający na tym, że dokonuję destrukcji biochemicznej swojego organizmu, upijając się w weekend i myśląc, że jestem zresetowany. Nic bardziej mylnego! Stres nadal jest w organizmie, tylko jest spotęgowany zatruciem aldehydem kwasu octowego, jeżeli mówimy o alkoholu. Stres można tylko i wyłącznie obniżyć - nie chcemy się go pozbyć, ponieważ stres na poziomie eustresu jest nam potrzebny - do pułapu motywującego. I robimy to tylko i wyłącznie przez spalanie, czyli przez wysiłek fizyczny. I dopiero po tym wysiłku fizycznym warto zadbać o wyciszenie. W książce pisałem o japońskim karoshi, czyli śmierci z przepracowania. Japończykom zabrakło spalenia, było od razu wyciszenie - medytacja, tai-chi. Zabrakło wytupania. Bardzo często moim pacjentom proponuję zwykłe tupanie. Już po 4-5-ciu minutach tupania następuje lekkie obniżenie poziomu kortyzolu. Drogi prezesie, jeśli idziesz na ważne spotkanie, potup sobie w swoim gabinecie w swój elegancki dywan. Dlatego że podwyższony poziom kortyzolu obniża również sprawność intelektualną. W prawie to się nazywa afekt. Ludzie pod wpływem silnego wzburzenia robią różne dziwne rzeczy. Co widzimy na ulicach, gdy elegancki pan prezes wysiada z nowego BMW i bije się z drugim panem prezesem, który wysiadł z mercedesa? Amerykanie to nazwali szaleństwem drogowym. Jest to oficjalny termin w klasyfikacji ICD - Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Ci ludzie, tak zestresowani, tracą rozum. Co ma zrobić człowiek w takim momencie? Rozrzedzić stres.

Wzięłam sobie do serca pana radę, żeby jeść regularnie, bo gdy jesteśmy głodni, to poziom stresu rośnie.

Słusznie. Co znaczy słowo "halt"?

Stój.

Tak. To jest program używany do leczenia osób uzależnionych. To słowo "halt" składa się z czterech słów angielskich: hangry, angry, lonely, tired " głodny, zły, samotny i zmęczony. Jeżeli jestem głodny i pojawi się jeszcze złość, to następuje bardzo silne napięcie. Osoba uzależniona zna tylko jeden sposób na jego rozładowanie. Napić się bądź wziąć dawkę. Dlatego chcąc nie poddawać się kompulsji, trzeba pilnować, by te stany nie występowały obok siebie. A jeżeli nawet nie mamy problemu z nałogami, to przecież nie chcemy chodzić zezłoszczeni. A czym jest głód na poziomie biologicznym?

Lękiem?

Tak. Organizm się boi i dlatego napina.

Załóżmy, że mama lub tata potrzebują pomocy psychologa lub psychiatry. Mówić o tym dzieciom czy nie? Czy przez swój przykład pokazywać: mam problem - idę szukać pomocy, czy raczej zachować dla siebie, bo problemy dorosłych nie są dla dzieci?

To się nazywa "myślenie życzeniowe". Nam się wydaje, że jak czegoś nie zwerbalizujemy, to tego nie ma. Pani się uśmiecha, bo pani doskonale wie, jak jest. Nie trzeba mówić, żeby krzyczeć. Nie trzeba używać słów, żeby krzyczeć i cierpieć. Dzieci chłoną jak gąbka, wszystko czują i wszystko wiedzą.

W takim razie, jak z nimi o tym rozmawiać?

Szczerze. Często mówię: Tylko prawdziwy twardziel potrafi mówić o słabościach. Panuje kult bycia nieomylnym, szczególnie dla mężczyzn, których to zabija. Dosłownie. Mężczyźni umierają przedwcześnie, dlatego, że MUSZĄ. Bo jest presja, bo "sam sobie poradzę". Większość moich pacjentów mężczyzn zawdzięczam ich żonom i partnerkom. Kobieca troskliwość jest dla nas warunkiem przetrwania w tym szalonym świecie testosteronu. I to nie jest kurtuazja względem pań, to jest też kawałek mojego życia. Żyję dzięki temu, że mam koło siebie wspaniałą, cudowną istotę, która akceptuje moje wariactwa.

Jeszcze raz podkreślę: to nie jest wstyd, wręcz przeciwnie - to świadczy o naszej sile, gdy umiemy poprosić o pomoc. Tak to czuję.

Rozmawiała Barbara Komorowska

Zobacz też:

Pozostałe gwiazdy z dziećmi

Agustin Egurrola "Trzeba kształtować w młodych ludziach kult pracy"

Gwiazdy z dziećmi

Juror telewizyjnych talent show, ceniony choreograf i sędzia międzynarodowych turniejów tańca. Założyciel największej sieci szkół tańca w Polsce. Z nami porozmawiał o planach na przyszłość i o tym, co go inspiruje. Podpowiedział też, jak mądrze wspierać dziecko w rozwijaniu jego pasji.

Czytaj dalej
Damian Wleklak

Gwiazdy z dziećmi

Piłkarz ręczny, środkowy rozgrywający i zdobywca z reprezentacją Polski medali na Mistrzostwach Świata, obecnie trener i popularyzator piłki ręcznej. Naszemu magazynowi opowiada o swoich dwóch najważniejszych medalach – synach Szymonie i Kubie – oraz o wychowywaniu dzieci w sportowej rodzinie i w różnych krajach.

Czytaj dalej
Karolina Nowakowska

Gwiazdy z dziećmi

Aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna – szerokiej publiczności znana z roli Olgi w serialu „M jak Miłość” i Beaty w „Przyjaciółkach”. Jej drugim żywiołem jest muzyka i taniec. A jak odnajduje się w roli mamy?

Czytaj dalej

Polecane produkty

OptiMusss

Zdrowa Kropla Przyjemności! OptiMusss to nowoczesne preparaty musujące zawierające soki owocowe: pomarańczowy, brzoskwiniowy i cytrynowy. Preparaty OptiMusss nie zawierają cukru i mogą być stosowane przez diabetyków. Czytaj dalej

Poradnik

DZIECKO W PODRÓŻY. Nawilżane chusteczki Kindii Pure w małym, wygodnym opakowaniu

Pierwsze podróże

Nareszcie możemy cieszyć się pełnią lata. Wakacyjne wyjazdy to dla dziecka ... Czytaj dalej
Nowy wózek Thule dla miejskich odkrywców

Podróże i wyprawy

Nowość Thule ... Czytaj dalej
Zobacz wszystkie